Zanim kogoś porzucisz…

Równo dziesięć lat temu siedząc pewnej jesiennej nocy w pociągu relacji Rybnik- Warszawa, wyciągnąłem notes i zapisałem pierwszy wers : “Wiele w nas nierozwiązanych spraw.” Tak powstał tekst do piosenki “Niewinni niedoskonali”. Nie przypuszczałem, że po dekadzie wrócę do niego i przyznam, że przesłanie w nim zawarte znowu rozbrzmiewa w moim życiu. O wiele bardziej, niż wtedy.

Tekst napisałem po stracie. Drugiej w moim życiu. Pierwszą było odejście taty.

W obydwu przypadkach strat, gdy już wiadomo było, że są nieuniknione i nieodwracalne – pożegnaliśmy się.

Po tej drugiej napisałem piosenkę, wydałem singiel w formie płyty i wręczyłem na pożegnanie zamiast listu. Dziś zrobiłbym tak samo.

Odejść trzeba umieć. Jeśli się nie umie, produkuje się ofiary. Ludzie odchodzą w różnoraki sposób. Bywa jednak, że porzucają i nie żegnają się w ogóle.

I o tym będzie ten tekst. O niepożegnaniach. O tych, którzy “mijają się jak obcy, bez gestu i słowa, w niepamiętaniu, że przez krótki czas kochali się na zawsze”. O skrzywdzonych i tych, którzy krzywdzą.

To jak kończymy mówi o nas najwięcej.

Przy niezliczonej ilości błędów, jakie popełniłem w życiu i bólu, jaki zdarzyło mi się sprawić, jednej rzeczy nigdy nie zrobiłem. Nie zostawiłem nikogo bez słowa wyjaśnienia.
Rozmawiałem, gdy porzucałem lub próbowałem rozmawiać, gdy mnie porzucano.

Informacja jest jednym z fundamentów, na których opiera się świat. Brak informacji powoduje chaos. Chaos jest z kolei przyjacielem zniszczenia.

Oddanie serca na dłoni zawsze niesie za sobą ryzyko, że ktoś przemieli je przez maszynkę do mięsa i zrobi z niego tatar. Istnieją tacy, którzy tatar z rozkochanych serc robią jednorazowo. Im się z czasem wybacza. Niestety świat pełen jest takich, którzy tatar z serc produkują na skalę przemysłową. Inaczej nie potrafią. Są zaprogramowani. Oni też są ofiarami czyichś błędów.

Rozkochują i znikają nagle, zostawiając porzuconych z wnętrznościami na wierzchu. Pogrążają ich w erze wiecznych ciemności, poczuciu winy i niekończącym się cierpieniu.

Wszyscy złamani ludzie składają się ze źle zakończonych historii.

To zdanie przeczytałem w jakimś artykule. Ujęło mnie swoją oczywistością. Ci uciekający od odpowiedzialności, także są sumą jakichś historii. Póki sami się do nich nie dogrzebią, zawsze będą gubić się i ranić.

Jeżeli traktujesz partnera jak książkę, którą po przeczytaniu wyrzucasz do kosza na śmieci, a następnie udajesz się do sklepu po nową, kiepski z ciebie czytelnik.

Książek się nie wyrzuca. Nawet w przeczytanych książkach po latach odkrywa się nowe prawdy.

Tuląc do snu, głaszcząc, całując, patrząc w oczy, dzieląc się wszystkim na pół, budując więź, stając się częścią życia drugiego człowieka, zostawiasz w nim trwały ślad i bierzesz współodpowiedzialność za ten zostawiony ślad. Związek to tandem. Partnerzy na zmianę wymieniają się spadochronem. Jedno drugie trzyma w ramionach. Jeżeli porzucasz bez wyjaśnienia, unikasz rozmowy, zrywasz kontakt, tak naprawdę odpinasz partnera w trakcie lotu w chmurach, sam lądujesz bezpiecznie ze spadochronem na ziemi, po partnerze pozostaje miazga.

Zawsze jest jakiś powód odejścia. Nigdy nie jest tak, że nie ma powodu. Uciekając od konfrontacji, obnaża się swoje najsłabsze punkty i najgorsze cechy osobowości.

Wtedy też następuje dysonans, konflikt wewnętrzny u osoby porzuconej. Nagle dostrzega dwie zupełnie różne postaci. Kogoś z kim była w związku, czyli wrażliwego, oddanego przyjaciela, którego pokochała, a w chwili rozpadu i po rozstaniu, człowieka zimnego, pozbawionego jakiejkolwiek etyki i uczuć. Takiego, którego nie stać na spojrzenie w oczy i szczerą, dojrzałą rozmowę.

Trzeba ze sobą rozmawiać. Brak informacji zwrotnej blokuje i niszczy.

Żeby nie zrujnować nikomu życia i dać osobie, którą się zostawia jakąkolwiek szansę na wyciągnięcie życiowej nauki, ale też wyciągnięcie jej dla samego siebie, należy powiedzieć o prawdziwych powodach swojego odejścia. Nie ma innej drogi. Każda droga na skróty jest ucieczką, krzywdą i złem.

Bez tej podstawowej wiedzy ludzie porzuceni zatapiają się w poczuciu winy i szukają powodów rozstania tylko ze swojej strony.
Nie są w stanie pójść do przodu, nauczyć się czegoś o związkach, swoim charakterze, choćby po to, żeby już nigdy nie być porzuconym z tych samych powodów. Poczucie wartości lega w gruzach. Zaufanie do świata sięga bruku. Emocje biorą górę nad rozsądkiem. Mózg zostaje wysadzony w powietrze.

Wygrzebywanie się z tego trwa latami albo co się nie rzadko zdarza – do końca życia. Tak ludzie ludziom skracają życie.

Osoba porzucająca także niczego się nie uczy. Popełnia te same błędy. Nadal nie wie, czego szuka w życiu. Buduje nowe relacje. Gdy te się nie udają, porzucając – krzywdzi kolejnych partnerów i siebie przy okazji.
Siebie, bo wyrzuty sumienia tego, który rani, są jak kiełkujące nasiona winorośli. Z upływem lat ich pnącza porastają całe wnętrze. Pielęgnuje je czas i kolejne nieudane związki. Nigdy nie przestają rosnąć.

“Było kiepsko w łóżku, już mnie nie pociągasz”, “Nigdy nie było we mnie miłości, a czułość wynika z mojego charakteru i można ją zinterpretować jako zakochanie”, albo… “Jestem egoistą, okłamywałem Cię przez cały czas”. Cokolwiek. Każde z tych zdań byłoby lepsze, niż nic.

To daje człowiekowi punkt odniesienia. Perspektywę. Coś od czego może startować i próbować budować życie od nowa. Oczywiście, że wtedy jest spore ryzyko, że powie się coś, co osoba porzucona uzna za tak beznadziejne, że porzucającego albo znienawidzi, albo pomyśli, że nie był wart miłości i nie nadaje się do żadnych relacji. Dlatego, żeby to powiedzieć, trzeba mieć jednak odwagę. Dlaczego więc tak mało w ludziach tej odwagi?

Bo są ludźmi.

Chcąc zrozumieć wiele zjawisk i zachowań, nauczyć się czegoś przede wszystkim o sobie, zanim podjąłem decyzję o publikacji “Zanim się z kimś zwiążesz…” i “Zanim kogoś porzucisz…” zacząłem sporo czytać. Miałem na to ostatnio dużo czasu i w tym szale czytania trafiłem na coś, co mnie zaintrygowało, a jednocześnie zupełnie skruszyło. Zobaczyłem potęgę skali zjawiska, którego nie można nazwać inaczej, jak tylko emocjonalnym ludobójstwem XXIw.

Nie wierzysz w duchy? Uwierz – istnieją.

Ktoś pojawia się w Twoim życiu, budujecie związek, więź. Są deklaracje, czułość, seks, nawet mieszkacie razem i nagle niespodziewanie mówi, że jednak Cię nie kocha, po czym znika bez słowa wyjaśnienia zrywając kontakt? Tak, jakby nigdy w tym życiu nie istniał? Wysyłasz list, nie odpisuje? Ewentualnie dostaniesz smsa z krótką wiadomością “Chcę być teraz sam. Pa”?

Mosting, nowe zjawisko, rozwija się na świecie wraz z rozwojem aplikacji randkowych i możliwościami poszukiwania nowych partnerów przez internet. Okrutny, bezlitosny, pozbawiony zahamowań.

Wór z tysiącami podobnych historii wysypał się na świecie po publikacji amerykańskiej dziennikarki New York Timesa, która opisała swoją osobistą traumę, po tym, jak została porzucona przez swojego partnera. Sprawę opisał też magazyn MEL.

Psychologowie zaczęli więc badać tę brutalną formę kończenia związków, która zostawia ludzi w zgliszczach.

Do tego dążymy? Do zgliszczy?

Brak empatii, odwagi, asertywności, dojrzałości, przyzwoitości i szacunku do drugiej osoby. Pasywna agresja i zakamuflowana przemoc psychiczna.
Zaburzenia osobowości i strach przed odrzuceniem. Szereg kompleksów, narcyzm, niska samoocena, brak pewności siebie, nieumiejętność wyrażania uczuć i myśli, nieumiejętność komunikowania o swoich potrzebach. Człowiek taki zawsze kalkuluje co mu się w życiu będzie bardziej opłacało? Bycie w związku? Czy zostanie singlem? Często czuje na początku fascynację, która szybko mija, ale zamiast skonfrontować się, wybiera tchórzliwe wyjście i znika.

To podstawowe powody takiego postępowania. Tak sądzą psychoterapeuci zajmujący się tematem. Ja dodałbym jeszcze do tego brak klasy.

Psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz, twierdzi, że: takie osoby powinny szukać pomocy u psychoterapeuty, by zrozumieć swoje bezlitosne zachowania. Jak podkreśla mosterami są osoby niedojrzałe do głębszych relacji. Narcyzm to osobowość naszych czasów. Potrzebują atencji, uznania. Dojrzała osoba potrafi wziąć odpowiedzialność za to co mówi i co robi drugiemu człowiekowi. Liczy się i szanuje go. Ale moster jak mówiłam, dojrzały nie jest, jest raczej na poziomie emocjonalnym dziecka, nastolatka. Czyli zamiast konfrontować się – znika, gdy już zaspokoi swoje pragnienia.

Bywa, że porzucają, bo sami nie chcą zostać porzuceni. Ich obsesyjny lęk przez negatywną oceną innych, powoduje, że nie radzą sobie z myślą, że kogoś rozczarowali, dlatego uciekają przed niewygodną dla nich sytuacją. Oni także cierpią, tylko o tym nie wiedzą. O fakcie, że cierpią zazwyczaj dowiadują się, gdy do ich drzwi zaczyna pukać starość i zgorzknienie, a w pomieszczeniu nie ma nikogo poza nimi samymi.

Jeśli w trakcie zrywania relacji wzruszają się, płaczą, mówiąc: “Jesteś cudowny/a, ten związek ma potencjał, to moja wina, biorę to na siebie, ale nie możemy już być razem.”
Wtedy ze stuprocentową pewnością nie są szczerzy, a mówiąc wprost – kłamią. Unikają prawdy i odpowiedzialności, przy okazji depcząc tym obliczonym na korzyść (zaspokojenie własnego ego) współczuciem i tak już zbrukaną godność osoby porzucanej. Myślą, że są empatyczni. Nie, nie są. To nie empatia, a manipulacja. Sprytny sposób wybielenia własnego sumienia. Wtedy zamiast guza z powodu absolutnej szczerości, serwują partnerowi trepanację czaszki i operację na otwartym sercu – nieszczerością.

Ludzie z konkretnymi problemami z osobowością postępują w takich sytuacjach schematycznie, więc i o historii, która akurat Cię spotkała możesz przeczytać wiele razy w różnych publikacjach, w różnych językach, na różnych kontynentach. Ofiary także po takim porzuceniu postępują schematycznie i z komputerową precyzją można przewidzieć kolejne etapy “żałoby” i zachowań osoby cierpiącej.

Psycholog, psychoterapeuta i pisarz – Wojciech Eichelberger mówi: “Narcyz nie jest zakochany w sobie, tylko w swoim wyidealizowanym wizerunku. […] Wydaje mu się, że wizerunek jest jego prawdziwą tożsamością. Narcyz nie tylko siebie nie ceni, ale przede wszystkim nie zna. Wie, jaki chciałby być, ale jaki jest – nie ma pojęcia. W dzieciństwie nauczył się, jaką ma grać rolę, aby ważne osoby z jego otoczenia były z niego zadowolone. Jednocześnie przeczuwa najgorsze: Jestem nikim, nic niewartym zerem, bo tym, jaki jestem naprawdę, nikt się nigdy nie zainteresował. Nie jest w stanie uwierzyć, że ktoś może pokochać kogoś takiego jak on, więc podświadomie sądzi, że osoba, która go pokochała, jest tak samo beznadziejna, dlatego ją odrzuca.”

Czy należy się takich ludzi bać? Myślę, że przede wszystkim należy im współczuć. Współczucie uwalnia od złych emocji. Złość jest tylko gorszą formą, ale jednak wciąż miłości. Obojętność jest przeciwieństwem miłości.

Na co dzień mili i opanowani po prostu nie wiedzą jak fatalnie postępują. Sami ze sobą muszą przegrać, doświadczyć tego samego, co czynią innym, żeby poczuć ewentualny impuls do pójścia na terapię.

Jednym z podstawowych błędów jaki popełnia się na początku budowania, jest udawanie, że nie ma za nami przeszłości. Mówimy “przeszłość oddzielmy grubą kreską, nie rozmawiajmy o niej”. Później się okazuje, że jest się trzecim z rzędu porzuconym w ten sam sposób partnerem.

Jesteśmy także sumą naszych doświadczeń. Musimy wiedzieć z kim się wiążemy.

Bez pytań o przeszłość i o to w jaki sposób zakończyły się poprzednie związki, jak dana osoba w nich funkcjonowała, nie dowiemy się w pełni z kim tak naprawdę chcemy budować naszą przyszłość.
Jeżeli partner nie chce rozmawiać o przeszłości, to wystarczająco jasny sygnał, że coś jest na rzeczy. Wiedza ta może okazać się dla nas wentylem bezpieczeństwa, o ile oczywiście partner powie nam prawdę.

Związek nie jest drogą do celu, a celem samym w sobie.

Ludzie, którzy postrzegają związki, jako korzyść, będą je kończyli, gdy z nich już nic dla siebie nie wyciągną.

Często uciekając przed prawdziwymi uczuciami budują coś, co na uczucia wygląda. Odgrywają sceny, swoją rolę, uczuciowość. Do odgrywania nie trzeba się przygotowywać, bo nie wymaga wysiłku, natomiast daje ono złudne poczucie bezpieczeństwa. Ze względu na chemię odgrywają swoje sceny bardzo szczerze i oddanie. Do czasu.

Miłość nie jest emocją i nie znajduje się jej na ulicy. To proces, który z czasem buduje się z drugim człowiekiem. Na jego końcu jest absolutne zaufanie.
Gdyby ktoś zadał mi dziś pytanie, czym jest miłość? Odpowiedziałbym, że więzią i zaufaniem właśnie. Romantyczne, wielkie uczucia rzadko działają. Mądre trwają. Cała sztuka polega na tym, żeby wtłoczyć romantyzm do miłości mądrej.

Jeżeli po pierwszym wyrzucie substancji chemicznych do mózgu, który trwa 3, 4 miesiące porzucasz osoby, z którymi się wiążesz, nie powinieneś wchodzić w związki. O tym należałoby uczyć w szkołach.

Ludzie odpowiedzialni, współodczuwający i dojrzali, nie wyrzucają innych ludzi w bezwzględny sposób na śmietnik niepamięci.
Jeżeli komuś wrażliwemu zdarzy się taka wpadka życiowa, z pewnością zjedzą go z czasem wyrzuty sumienia. Jeżeli ich nie ma, nie czuje się winny, to oznacza, że wyświadczył Ci przysługę uwalniając Cię od siebie i swoich problemów. Doceń to.

Czy może być coś dobrego w porzuceniach?

Jedną z najlepszych trampolin, a być może jedyną skuteczną do tego, żeby wprowadzić diametralne zmiany w życiu, są wstrząsy.
We współczesnym, zupełnie pogubionym świecie, żeby móc w pełni zajrzeć do swojego wnętrza i rozwinąć się, potrzeba cierpienia, ciszy i samotności.
Ludzie z pozoru szczęśliwi, prowadzący aktywne życie, otaczający się dziesiątkami znajomych, nie mają czasu, przestrzeni, ani narzędzi do tego, żeby zrozumieć to, co rozumieją ludzie po traumach i upadkach, którzy wstąpili na ścieżkę rozwoju. I nie, nie chodzi o rozwój w postaci pogoni za karierą i pieniędzmi. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy zdobyli sławę, wielkie fortuny i mimo to umierali z przesłaniem na ustach, że nie w życiu liczy się tylko i wyłącznie miłość. Budowanie i rozwój zaczyna się od siebie wewnątrz, nie na zewnątrz. Na zrozumienie tego potrzeba dwóch rzeczy. Upływającego czasu, albo bardzo zachwianego życia. Zachwianego stratą, ewentualnie chorobą.

Wszyscy jesteśmy fabrycznie wadliwi i w życiu chodzi o to, żeby tę fabryczną usterkę zlokalizować i naprawić. Każdy ma tę samą.

Jedni i drudzy, porzucający i porzuceni borykają się niską samooceną, głębokim poczuciem winy i przejmującym kontrolę nad życiem ego. Nad tym można jednak pracować.

W tych dramatycznych rozstaniach wygranym może okazać się porzucony, bo stratę i wstrząs ma szansę wykorzystać do zainicjowania największego przewrotu w swoim życiu.
Jeżeli jest mądry i silny, nie będzie wchodzić w żadne relacje, dopóki nie zmieni życia o 180 stopni. Rozwój osobisty, zrozumienie i dotarcie do źródła swoich problemów, cech, które źle i dobrze wpływały do tej pory na tworzone związki, a finalnie gdzieś na horyzoncie oświecenie.

To w efekcie zaowocuje o wiele lepszymi, mądrymi i trwałymi relacjami w przyszłości z ludźmi poukładanymi i na podobnym etapie rozwoju.

Prawdopodobieństwo, że porzucający zmieni cokolwiek w swoim życiu jest nikłe. Gdy porzuca, nie myśli o znalezieniu czasu na medytację, przewartościowanie priorytetów, wsłuchanie się w swoje wewnętrzne JA i pozbycie się dominacji ego. Nie czyta książek, nie decyduje się na terapię, nie wstępuje na ścieżkę rozwoju. Chce jak najszybciej przejść do porządku dziennego. Idzie jak burza po trupach do celu wpadając w wir pracy i nowych znajomości, aż do kolejnego czołowego zderzenia ze ścianą. Znowu zbuduje związek, który po kilku miesiącach, albo latach się rozpadnie.

Wszyscy jesteśmy sobie potrzebni i wszyscy wymagamy naprawy.

Ja także wpadłem w największą z możliwych pułapek. W pułapkę własnego ego. Karmiłem swoje kompleksy krytyką, ocenami, największą krzywdę robiąc tak naprawdę sobie.
Od zawsze chciałem zmieniać świat i ludzi według swoich wyobrażeń i oczekiwań, podczas gdy jedyna realna zmiana jakiej mogę dokonać, to moja własna.

Człowiek mądry wybiera dobro. Najważniejszy pierwszy krok. Kto raz wejdzie na ścieżkę rozwoju, ciężko mu będzie z niej zejść. Moja zaczęła się od pewnych słów.

Bardzo ważna dla mnie osoba nauczyła mnie pięknego zdania. Zamiast powiedzieć: “Brzydko w tym wyglądasz”, powiedz “Ta rzecz na Ciebie nie zasługuje”. Mam kilka zdań, które nazwałbym najważniejszymi w moim życiu. To jedno z nich. Odkrywcze i zmieniające wszystko. Zostanie ze mną na zawsze. Ale też tego typu zdania można wypowiadać tylko w stosunku do osób, które akceptują siebie i innych. Jeżeli takich zdań oczekują od nas ludzie, którzy siebie nie akceptują, jest to tylko pielęgnowanie ich narcyzmu i ego.

Jesteśmy niedoskonali i niewinni tej niedoskonałości. Wina pojawia się tam, gdzie zaczyna się masowe krzywdzenie innych i zupełny brak refleksji.

Decydując się na opublikowanie tych dwóch tekstów, myślałem o ofiarach potrąconych przez pijanych kierowców. Pędzących i nie mających świadomości, że kogoś przed sekundą rozjechali. Jadą dalej potrącając kolejne ofiary.
Ktoś powinien ich zatrzymać i powiedzieć – “Zobacz, tam leżą trupy”.
Jeśli porzucasz kogoś i uciekasz, życie w którymś momencie na pewno przypomni Ci, że w przeszłości zostawiłeś za sobą trupa.

Miłość potrzebuje czasu. Zmiany także.

Żeby móc mądrze kochać kogoś, najpierw trzeba bezwarunkowo pokochać samego siebie. Miłość do samego siebie jest jedyną, która nie porzuca. Nie można jej jednak mylić z narcyzmem. Narcyzm jest zaprzeczeniem miłości.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie mi się w ostatnim czasie przydarzyły, było obejrzenie filmu “Bohemian Rhapsody”. To film biograficzny o zespole Queen i Freddiem Mercury. Wybraliśmy się do kina z moją mamą. Dwa razy.

“Znajdź mnie, gdy polubisz siebie i będziesz potrzebował przyjaciela”

Te słowa wypowiedział do Freddiego jeden z kelnerów sprzątający mieszkanie wokalisty, po kolejnej wystawnej imprezie. Wypowiedział je i wyszedł.
Freedie potrzebował kilku lat, żeby dojrzeć do tych słów. Odnalazł Jima Huttona.
Zostali partnerami, przyjaciółmi. Jim towarzyszył swojemu ukochanemu w jego ostatnich latach życia. Dawno żadna historia mnie tak nie poruszyła i nie zainspirowała.

“Kiedy znajdziesz swoją drogę, znajdziesz również swoją historię miłosną.”

Odnajdujmy się więc wzajemnie dopiero wtedy, gdy sami pokochamy i polubimy to, co mamy w życiu najcenniejszego – siebie. Wtedy jest szansa na związki, które przetrwają do ostatniego dnia naszej wędrówki, bez niespodziewanych, bolesnych i niepotrzebnych porzuceń.

Damian Maliszewski

Jeżeli tekst Ci się spodobał – Udostępnij, podziel się, zostaw komentarz, prześlij komuś, komu być może teraz jest potrzebny. Możesz także wspomóc moją działalność twórczą – pisarsko/muzyczną. Obecnie trwa zbiórka środków na moją debiutancką płytę. Cała płyta będzie o miłości. O tym, o czym publikuje na swoim blogu. W roku 2020 chciałbym wydać książkę, która mam nadzieję pomoże wielu osobom. Oto Link do zbiórki:

https://pomagam.pl/damianmaliszewski

Jeżeli uważasz, że takie teksty są potrzebne, możesz wspierać mnie regularnie na:
Za okazane wsparcie mojej pracy z góry dziękuję.

Zachęcam też do znalezienia mnie na Facebooku, Instagramie i YouTube.

https://www.facebook.com/DamianMaliszewski.Official/

https://www.facebook.com/damian.maliszewski.56

https://www.instagram.com/damianmaliszewski/

https://www.youtube.com/user/DamianMaliszewski

https://twitter.com/damianmaliszews

Fot. Hubert Gostomski

Załączam video do wykładów Magdy Adamczyk – wybitnej (nie boję się użyć tego słowa) trenerki personalnej, która nie tylko moje życie zaczęła zmieniać na lepsze. Zmieniła los wielu osób.

Polecam także ten film…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

38 Komentarzy

Monika · 12 grudnia 2018 o 16:41

Bardzo dobry tekst. Gratuluję trafnych spostrzeżeń i przemyśleń. Ponieważ sama lepiej nie umialabym wytłumaczyć zawiłości życia to przesłałam ten tekst dalej pod rozwagę osobie ,która teraz powinna ,zawalczyć o siebie i swoją rodzinę.
Pozdrawiam

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:21

    Mam nadzieję, że się przyda.
    Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Anna · 12 grudnia 2018 o 11:41

Zawsze to ja byłam tą porzucaną. Nawet jeśli nie porzucaną, to ode mnie odchodzili faceci. Tym razem ja odeszłam. Tak, nie porzuciłam, ale odeszłam. Niemniej jednak wiem, że on czuje się porzucony, że cierpi. A ja nic nie mogę z tym zrobić. Rozmawiałam, tłumaczyłam dlaczego. On ciągle chce wrócić. A ja wiem, że nie mogę, bo jesteśmy po tych dwóch latach w tak diametralnie różnych miejscach i że nie da rady się spotkać w jakimś wspólnym punkcie. A co najważniejsze zrozumiałam, że ja jestem dla niego tym, co ma jemu wypełnić jego pustkę. Że jestem dla niego „wszystkim”, ale to „wszystko”, to taka zapchajdziura, bo tam nie ma nic innego. „Żeby móc mądrze kochać kogoś, najpierw trzeba bezwarunkowo pokochać samego siebie. Miłość do samego siebie jest jedyną, która nie porzuca.” To dotyczy obu stron. Bo jeśli ta porzucona siebie nie kocha, to zawsze stanie w pozycji ofiary aby móc poczuć się porzuconą. Nawet jeśli to tak de facto porzuceniem nie było.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:23

    To prawda, nie można budować szczęścia w życiu tylko na drugim człowieku. Niemniej nie można krzywdzić. Myślę, że to nawet ważniejsze, niż nieumiejętne budowanie związków i oplatanie miłością. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Anna Sala · 12 grudnia 2018 o 10:31

Świetny tekst, gratuluję, Pozwoliłam sobie udostepnić go na grupie fb Odwazne dusze, dziekuje za te słowa.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:23

    Cieszę się bardzo. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Sylwia Szajc · 9 grudnia 2018 o 11:29

To, co napisałeś ma podwójną wartość ze względu na to, że jesteś mężczyzną. Ten sam tekst napisany przez kobietę miałby zupełnie inny wydźwięk. Trzeba przerobić bardzo dużo, żeby wyartykułować coś takiego. Myślę, że to życzenie wielu kobiet: więcej mężczyzn, którzy chcą pracować nad sobą i komunikacją.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:24

    Niestety z mężczyznami jest problem. Unikają rozmów. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

monia · 9 grudnia 2018 o 11:11

Witam serdecznie,
Przeczytałam Twój tekst z głową pełną myśli, analizowania poszczególnych słów…jestem po wielu “nie trafionych” wyborach, związkach. Doszukuję się obecnie sedna, powodów, bazy której nie dostałam w dzieciństwie i jaki to miało wpływ na moje decyzje, postępowanie … Uczestniczę od dwóch tygodni w terapii behawioralno-poznawczej, intensywnej na oddziale dziennym – pięć dni w tygodniu 9-14ta. Staram się zrozumieć swoje życie, określić siebie, cele… Tekst mnie poruszył… Szukam w nim własnych zachowań… Części są jak niewypowiedziana wcześniej prawda o mnie samej… Moja historia jest długa, zagmatwana… Dwóch synów i 12 lat z toksycznym człowiekiem, przemocowcem, psychopatycznym i bez szacunku do ludzi nie empatycznym człowiekiem…. Połowicznie wygrana batalia (dwie niebieskie karty, interwencje policji, decyzja Sądu dla Nieletnich zalecającą warsztaty wychowawcze uczące jak właściwie postępować z dziećmi). Połowicznie wygrana bo relacje ojciec – dzieci uległy smacznej poprawie. Czuję sukcesów – moje dzieci mają lepszego ojca – w opinii mojego starszego syna 11lat “zachowanie wzorowe”. My nie jesteśmy razem od 6,5 roku, przy czym wspólnie zamieszkujemy jeden segment – podzielone pokoje, części wspólne…(kredyt hipoteczny i brak możliwości rozdzielenia – brak rozmów ze strony ojca- jakichkolwiek)… Wszystko jest na końcu rozwiazywania, znalazłam sposób aby się rozdzielić, trwa to jednak już kilka miesięcy – droga Sądowa. Momentami jestem tym bardzo zmęczona…
Opis był tylko aby nakreślić sytuację. Przez kilka miesięcy, mając czas na wyciszenie, szukanie siebie, akceptację wydawało mi się, że kocham siebie. Zaakceptowałam sytuację, to, że nie szukam, związku, pogodziłam się z wybraną drogą i cieszyła mnie myśl, że już niedługo będę sama – spokój – tylko ja i moi chłopcy mieszkający osobno. Z radością myślałam i mówiłam o wyborze takiej drogi dla siebie :-) Trafił mi się przypadkiem związek. Poznałam człowieka po przejściach, bardzo ciężkich (utracie rodziców w wieku 13lat, traumatycznych związkach w których było kłamstwo – rok dziewczyna budowała silną relację /związek po czym z delegacji wrócił jej mąż, zdradzie którą zobaczył w brutalny sposób). Codzienność z nim okazała się tak cudowna, że zdecydowałam się na związek. Wszystko mi pasowało i wyglądało na to, że jemu też. Pasowało dogadywanie się, rozmowy i rozkminianie wszystkich myśli i uczuć, codzienne czynności z radością wykonywane razem, inteligencja Jego bardzo mi pasowała – wszystko rozumiał, jeden raz uczył Go na zawsze. Ma silne wzorce prawidłowej rodziny wyniesione z domu zanim utracił rodziców. Przytulanie się, bycie obok, seks, spanie, zakupy – wszystko perfekcyjne. Doznałam szoku przy pierwszym wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu… Agresja, brutalność, wyzwiska, obelgi… Drugi dzień rozmowa – rzeczowa – rozkładanie na czynniki pierwsze zaistniałej wczoraj sytuacji… Ustaliliśmy razem, że przy następnej takiej sytuacji noc spędzi na izbie wytrzeźwień dla ochrony dzieci, mojej i jego samego. Miałam nadzieję, że to go powstrzyma, ale bardziej czułam się po prostu spokojna mając plan dający mi komfort i poczucie bezpieczeństwa na wypadek… I zdarzyło się… Policja go zabrała. Kolejny dzień bez wyrzutów z Jego strony, jakby rozumiał i nie miał pretensji. Dla mnie jednak szok – przecież nie mogę tak żyć w wyliczaniu kiedy znowu, nawet mając plan dla bezpieczeństwa… To patologia którą funduję dzieciom, sobie… Jak moi chłopcy sobie poradzą w dorosłym życiu mając taki wzorzec…. Ja jestem z DDD, jestem DDA…. I zdałam sobie sprawę, że jak bardzo mało mam jednak przerobione, pomimo, że już sporo i jak mogłam myśleć, że kocham siebie, skoro chciałam i dałam Mu kolejną szansę – ostatnią. Dlaczego….? Jak siebie szanuję…? Jak siebie kocham…? Co to w sumie oznacza….? Wciąż – pomimo ustalenia, że przy kolejnym takim splocie – wypicie-agresja-policja-izba wytrzeźwień-koniec związku -rozstanie, każdego dnia czułam niepewność. Czy oszukuję sama siebie, że się zmieni, powiedział, że wszystko przemyślał, że nie chce stracić rodziny, że chłopcy go takiego widzieli, mówił przekonująco… A we mnie była sprzeczność… To co przeczytałam, co zrozumiałam, “miodowy miesiąc” się zaczął i ma na celu tylko jedno – uśpić czujność, wprowadzić we mnie myślenie, że jest tak cudownie, że mi się przewidziało, że to niemożliwe… Jednak moje leki są, myślę co dzień, huśtawka nastroju i zmiany decyzji – próbuję, warto, widzę że chcę uciec i to moja wina- znowu ja chcę się wycofać i ile tak jeszcze razy i druga strona – typowe zachowanie alkoholika, nie mogę w tym trwać, nie czuję się bezpiecznie, boję o dzieci i siebie, nie chcę takiego życia w obawie co nastąpi albo raczej kiedy nastąpi… Nie widzę już po całości cudownego człowieka w tym człowieku… Jeden dzień na plus – nadziei, kolejny na minus – nie dam rady… Więcej zaczęłam myśleć, że już nie chcę… I wczoraj Jego dziwny stan oskarżeń…
Żyję z CHAD. Choroba afektywna dwubiegunowa, okresy 5-6 miesięcy… Diagnoza rok temu, przeanalizowanie wstecz życia z moją mamą potwierdza i wszystko pasuje… Mam okresy hipo-mani i depresyjne. Manii nie miałam. Kiedyś okresy depresyjne były ledwo zauważalne lub były tylko wyciszeniem… Może dlatego moja mama (pielęgniarka) wcześniej tego nie dostrzegła…. Rok temu to Ona, moja Mama dostrzegła. Poprosiła mnie o delikatną sugestię mojemu lekarzowi psychiatrze jak właśnie jechałam na wizytę – nawet nie wiedziałam co to za choroba. Pan doktor zainteresował się, zapisał kod – zamazał / zmienił i oświadczył, że potwierdzi gdy zobaczy drugi biegun. I zobaczył – hipo mamię ale już nieco przytłumioną – leki wprowadzał.
Kiedyś pełna optymizmu do wszystkiego praktycznie nie doświadczałam typowych okresów depresyjnych. Po latach gnębienia psychicznego przez Ojca chłopców nie doświadczam typowych stanów Hipo-manii, za to okresy depresyjne się pogłębiły i są trudne…. Ostatni – 6miesiecy, gdy już nie myślałam, czy chcę nie być tylko jak to mądrze wykombinować, by nie zobaczyły dzieci, żeby nie narobić kłopotu… Udało się niczego nie zrobić. Paradoksalnie szantaż emocjonalny mojej Mamy zadziałał najlepiej – “jak mogłabyś mi to zrobić” – rzeczywiście – nie mogłam…

Teraz czuję się nieco gorzej…mniej rzeczy widzę jako ważne, mniej rzeczy jako pilne, mniej mi się chce, pozbywam się, minimalizuję potrzeby, wycofuję się…. Jakby się zbliżał ten stan depresyjny….
W obliczu tego wszystkiego teraz już nie wiem, czy racjonalnie nie chcę patologii i świadomie odrzucam związek z alkoholikiem, czy mój stan powoduje, że chcę zminimalizować rzeczy konieczne, czy niewystarczająco przepracowałam siebie i tak na prawdę siebie nie kocham, czy jestem bezwzględna i porzucę człowieka krzywdząc go tym…
Terapia, którą zaczęłam w moim odczuciu miała swój cel – ochronić mnie przed tak silnym stanem depresyjnym, dać przymus bycia na zajęciach ale i przerabianie negatywnych myśli i ich hamowanie.
Partner, którego wybrałam, alkoholik (zrzucający winę za wszystko – że musiał się napić też ale i za rzeczy drobniejsze), wczoraj powiedział mi kilka kluczowych rzeczy na moje wyznanie, że czuję się gorzej… Wiedział o moim CHAD. O fakcie. O tym z czym to się wiąże raczej nie ma pojęcia… Powiedział, że nad czym tu myśleć, że skoro myślę żeby nie być to sznur zarzucić i się powiesić. Kpi z moich bezczynności i zamierania w bezruchu na długo (ręce tylko pykają w gierkę w telefonie a w głowie kotłują się myśli), że depresja to wymysł, usprawiedliwienie, wymówka, żeby nic nie robić…
O ile terapia i mam szansę nie przeżyć kolejnego strasznego stanu depresyjnego o tyle partner-alkoholik-nie rozumiejący obciąża mnie dodatkowo i mocno ściąga w dół…ciemny…dokąś, dokąd już nie chcę…..
Jaka więc jestem…? Czy powinnam wchodzić w związek…? Powiedziałam od początku prawdę… I o alkoholu – pierwszy znak jaki zobaczyłam – na długo przed wypiciem-agresją, że jeśli masz problem z alkoholem to nie wchodź w ten związek bo nie wyjdzie nic z tego i o CHAD – myślę, że nie zrozumiał co to oznacza – nawet jak wyjaśniałam a na pewno nie doczytał o tym…
Jestem potworem…? Chcę chronić siebie i to jest naganne, bo porzucam…? Kocham siebie, czy tak naprawdę nie….?
Przepraszam za tak długi wywód….
Może trochę pomógł mi poukładać myśli a może komuś pomoże cokolwiek zrozumieć – jedną rzecz, jednej Duszy i już będzie to w moich oczach sukces.
Dziękuję za materiał, który skłonił mnie do myślenia na innym poziomie, pod innym kontem.

Pozdrawiam Wszystkich, Monika

    Tomek · 13 grudnia 2018 o 01:03

    Dziękuję Ci za ten tekst. Odnalezienia siebie życzę!

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:25

    Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.
    Odezwę się do Ciebie mailowo. Zaciekawiła mnie Twoja historia.

CzL · 9 grudnia 2018 o 07:49

Damianie, jak zawsze jestem pod wrażeniem. Teks bardzo rzeczowy i przemyślany. Pokazuje wiele prawd, które chyba nie do końca sobie uświadamiamy. Albo nie chcemy ich sobie uświadomić. Brutalnie obnażasz pewne kwestie. Dzięki temu czytelnik może zweryfikować swoje doświadczenia, odczucia i błędy.

Wydaje mi się, że z opuszczaniem ludzi jest trochę jak z zakupami albo modą. Zaczynamy brać przykład z innych i robić jak oni. W grę wchodzi psychologia tłumu, owczy pęd i nie wiadomo co jeszcze. Po którejś fascynacji i rozczarowaniu pojawia się myślenie, że skoro inni tak robią, to może właśnie tak to powinno wyglądać? Może właśnie tak robią dorośli ludzie? Może to jedyna droga do szczęścia? Wypróbować i porzucić bo coś nie gra. Bo za głośno chrapie, albo jest zbyt zaknięty, niepewny siebie, niezbyt przebojowy. Bo za bardzo tęskni albo za często pisze. Bo jest ograniczeniem. A przecież wszelkich ograniczeń należy się pozbywać. To podobno droga do szczęścia. Znajduje się szczęście z kimś innym. A potem z kimś następnym. Na chwilę. Później kończą się profile w aplikacjach randkowych. To smutne. Ludzie trochę się zagubili. Ciekawe, czy kiedyś się odnajdą. A nie jest to wcale proste. Niestety. Każdy popełnia błędy. Bo każdy jest tylko człowiekiem. Ale dobrze jest zachować przy tym pewną przyzwoitość. Kiedyś przeczytałem zdanie, które podsumowuje chyba wszystkie normy etyczne i religijne: “Żyj tak, żeby inni przez ciebie nie płakali”. Warto o tym pamiętać. Tylko kto dzisiaj się tym przejmuje?

Bardzo dziękuję za ten teks. Czekam niecierpliwie na kolejny.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:26

    Amen… pod każdym Twoim słowem mogę się podpisać. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Li · 8 grudnia 2018 o 23:29

Dziękuję Ja już nie mam sił ani ochoty wchodzić w relacje Za często bolało

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:27

    Daj sobie czas, aczkolwiek rozumiem.
    Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Franek · 8 grudnia 2018 o 11:19

Dziękuję za ten tekst.
Jest w nim bardzo dużo prawdy, o której na co dzień się nie mówi. Prawdy niewygodnej. Bycie porzuconym to rzec wstydliwa, lepiej o wszystkim jak najszybciej zapomnieć, wyjaśnić sobie rozstanie w prosty sposób i mocno w to uwierzyć: to był kawał drania, nie zasługiwał na mnie… Prawda jest znacznie trudniejsza do odkrycia, wymaga wysiłku i zmierzenia się również ze swoim cierpieniem, zanurzenia się w nim w refleksji nad tym,
co i dlaczego się stało. To droga szczególnie trudna jeśli drugi partner po prostu znika, a do prawdy musimy dochodzić sami. Jest to jednak rozwiązanie, które buduje w nas mądrość, a więc daje nam prawdziwą siłę na przyszłość.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:30

    Tak, element wstydu, że się zostało porzuconym, na pewno jest jednym z istotniejszych, który ludzi blokuje przed opowiadaniem o tym, co ich spotkało. W ten sposób tłumią w sobie rozgorycznie dłużej, niż powinni. Co do kwestii przemyśleń, zawsze dwie strony mają wpływ i na budowanie i na rozpad, tylko w różnych proporcjach. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Anka · 8 grudnia 2018 o 10:52

Bardzo ciężko to wszystko zrozumieć, może nie zrozumieć, a tak naprawdę wcielić to w swoje życie. Ludzie coraz częściej nie wiedzą, czego chcą. Zabawiają się innymi sercami, twierdząc, że da to szczęście, zmieni coś… Dupa. To oprócz łez drugiego człowieka nic nie zmieni. Trafiłam na Ciebie tak naprawdę niedawno, ale wprowadzasz powoli już wiele zmian z mojej głowie. Po prostu za to dziękuję, bo pojawiłeś się chyba w najlepszym możliwym momencie. :)

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:31

    Cieszę się, że mogłem jakoś pomóc. Posłuchaj wykładów na selfmastery.pl , Magda jest świetna, na pewno da Ci więcej wskazówek niż ja.
    Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.

Mati · 8 grudnia 2018 o 10:10

Damianie, dziękuję Ci za ten tekst, bo po raz kolejny nie zawiodłem się na Twoich przemyśleniach. Będąc szczerym, jest mocno poruszający i w pewnym stopniu dotyczy każdego z nas. Ludzie dzisiaj nie są uczeni kochania, a najczęstszym modelem praktykowania są związki, zwał jak zwał, trwające maksymalnie parę miesięcy. Wielka szkoda, że o tym nie rozmawia się w szkołach, żeby uświadamiać jeszcze młodych ludzi, czym jest miłość i żeby nauczyć ich brania odpowiedzialności za te słowa. Jeszcze raz dziękuję.

    Damian Maliszewski · 13 grudnia 2018 o 17:32

    Fajnie, że młodzi ludzie czytają takie teksty i mają tak dojrzałe przemyślenia. Cieszy mnie to niezmiernie. Dziękuję za Komentarz. Wyniki konkursu podam 8.01.2019.