Zanim kogoś porzucisz…

Równo dziesięć lat temu siedząc pewnej jesiennej nocy w pociągu relacji Rybnik- Warszawa, wyciągnąłem notes i zapisałem pierwszy wers : “Wiele w nas nierozwiązanych spraw.” Tak powstał tekst do piosenki “Niewinni niedoskonali”. Nie przypuszczałem, że po dekadzie wrócę do niego i przyznam, że przesłanie w nim zawarte znowu rozbrzmiewa w moim życiu. O wiele bardziej, niż wtedy.

Tekst napisałem po stracie. Drugiej w moim życiu. Pierwszą było odejście taty.

W obydwu przypadkach strat, gdy już wiadomo było, że są nieuniknione i nieodwracalne – pożegnaliśmy się.

Po tej drugiej napisałem piosenkę, wydałem singiel w formie płyty i wręczyłem na pożegnanie zamiast listu. Dziś zrobiłbym tak samo.

Odejść trzeba umieć. Jeśli się nie umie, produkuje się ofiary. Ludzie odchodzą w różnoraki sposób. Bywa jednak, że porzucają i nie żegnają się w ogóle.

I o tym będzie ten tekst. O niepożegnaniach. O tych, którzy “mijają się jak obcy, bez gestu i słowa, w niepamiętaniu, że przez krótki czas kochali się na zawsze”. O skrzywdzonych i tych, którzy krzywdzą.

To jak kończymy mówi o nas najwięcej.

Przy niezliczonej ilości błędów, jakie popełniłem w życiu i bólu, jaki zdarzyło mi się sprawić, jednej rzeczy nigdy nie zrobiłem. Nie zostawiłem nikogo bez słowa wyjaśnienia.
Rozmawiałem, gdy porzucałem lub próbowałem rozmawiać, gdy mnie porzucano.

Informacja jest jednym z fundamentów, na których opiera się świat. Brak informacji powoduje chaos. Chaos jest z kolei przyjacielem zniszczenia.

Oddanie serca na dłoni zawsze niesie za sobą ryzyko, że ktoś przemieli je przez maszynkę do mięsa i zrobi z niego tatar. Istnieją tacy, którzy tatar z rozkochanych serc robią jednorazowo. Im się z czasem wybacza. Niestety świat pełen jest takich, którzy tatar z serc produkują na skalę przemysłową. Inaczej nie potrafią. Są zaprogramowani. Oni też są ofiarami czyichś błędów.

Rozkochują i znikają nagle, zostawiając porzuconych z wnętrznościami na wierzchu. Pogrążają ich w erze wiecznych ciemności, poczuciu winy i niekończącym się cierpieniu.

Wszyscy złamani ludzie składają się ze źle zakończonych historii.

To zdanie przeczytałem w jakimś artykule. Ujęło mnie swoją oczywistością. Ci uciekający od odpowiedzialności, także są sumą jakichś historii. Póki sami się do nich nie dogrzebią, zawsze będą gubić się i ranić.

Jeżeli traktujesz partnera jak książkę, którą po przeczytaniu wyrzucasz do kosza na śmieci, a następnie udajesz się do sklepu po nową, kiepski z ciebie czytelnik.

Książek się nie wyrzuca. Nawet w przeczytanych książkach po latach odkrywa się nowe prawdy.

Tuląc do snu, głaszcząc, całując, patrząc w oczy, dzieląc się wszystkim na pół, budując więź, stając się częścią życia drugiego człowieka, zostawiasz w nim trwały ślad i bierzesz współodpowiedzialność za ten zostawiony ślad. Związek to tandem. Partnerzy na zmianę wymieniają się spadochronem. Jedno drugie trzyma w ramionach. Jeżeli porzucasz bez wyjaśnienia, unikasz rozmowy, zrywasz kontakt, tak naprawdę odpinasz partnera w trakcie lotu w chmurach, sam lądujesz bezpiecznie ze spadochronem na ziemi, po partnerze pozostaje miazga.

Zawsze jest jakiś powód odejścia. Nigdy nie jest tak, że nie ma powodu. Uciekając od konfrontacji, obnaża się swoje najsłabsze punkty i najgorsze cechy osobowości.

Wtedy też następuje dysonans, konflikt wewnętrzny u osoby porzuconej. Nagle dostrzega dwie zupełnie różne postaci. Kogoś z kim była w związku, czyli wrażliwego, oddanego przyjaciela, którego pokochała, a w chwili rozpadu i po rozstaniu, człowieka zimnego, pozbawionego jakiejkolwiek etyki i uczuć. Takiego, którego nie stać na spojrzenie w oczy i szczerą, dojrzałą rozmowę.

Trzeba ze sobą rozmawiać. Brak informacji zwrotnej blokuje i niszczy.

Żeby nie zrujnować nikomu życia i dać osobie, którą się zostawia jakąkolwiek szansę na wyciągnięcie życiowej nauki, ale też wyciągnięcie jej dla samego siebie, należy powiedzieć o prawdziwych powodach swojego odejścia. Nie ma innej drogi. Każda droga na skróty jest ucieczką, krzywdą i złem.

Bez tej podstawowej wiedzy ludzie porzuceni zatapiają się w poczuciu winy i szukają powodów rozstania tylko ze swojej strony.
Nie są w stanie pójść do przodu, nauczyć się czegoś o związkach, swoim charakterze, choćby po to, żeby już nigdy nie być porzuconym z tych samych powodów. Poczucie wartości lega w gruzach. Zaufanie do świata sięga bruku. Emocje biorą górę nad rozsądkiem. Mózg zostaje wysadzony w powietrze.

Wygrzebywanie się z tego trwa latami albo co się nie rzadko zdarza – do końca życia. Tak ludzie ludziom skracają życie.

Osoba porzucająca także niczego się nie uczy. Popełnia te same błędy. Nadal nie wie, czego szuka w życiu. Buduje nowe relacje. Gdy te się nie udają, porzucając – krzywdzi kolejnych partnerów i siebie przy okazji.
Siebie, bo wyrzuty sumienia tego, który rani, są jak kiełkujące nasiona winorośli. Z upływem lat ich pnącza porastają całe wnętrze. Pielęgnuje je czas i kolejne nieudane związki. Nigdy nie przestają rosnąć.

“Było kiepsko w łóżku, już mnie nie pociągasz”, “Nigdy nie było we mnie miłości, a czułość wynika z mojego charakteru i można ją zinterpretować jako zakochanie”, albo… “Jestem egoistą, okłamywałem Cię przez cały czas”. Cokolwiek. Każde z tych zdań byłoby lepsze, niż nic.

To daje człowiekowi punkt odniesienia. Perspektywę. Coś od czego może startować i próbować budować życie od nowa. Oczywiście, że wtedy jest spore ryzyko, że powie się coś, co osoba porzucona uzna za tak beznadziejne, że porzucającego albo znienawidzi, albo pomyśli, że nie był wart miłości i nie nadaje się do żadnych relacji. Dlatego, żeby to powiedzieć, trzeba mieć jednak odwagę. Dlaczego więc tak mało w ludziach tej odwagi?

Bo są ludźmi.

Chcąc zrozumieć wiele zjawisk i zachowań, nauczyć się czegoś przede wszystkim o sobie, zanim podjąłem decyzję o publikacji “Zanim się z kimś zwiążesz…” i “Zanim kogoś porzucisz…” zacząłem sporo czytać. Miałem na to ostatnio dużo czasu i w tym szale czytania trafiłem na coś, co mnie zaintrygowało, a jednocześnie zupełnie skruszyło. Zobaczyłem potęgę skali zjawiska, którego nie można nazwać inaczej, jak tylko emocjonalnym ludobójstwem XXIw.

Nie wierzysz w duchy? Uwierz – istnieją.

Ktoś pojawia się w Twoim życiu, budujecie związek, więź. Są deklaracje, czułość, seks, nawet mieszkacie razem i nagle niespodziewanie mówi, że jednak Cię nie kocha, po czym znika bez słowa wyjaśnienia zrywając kontakt? Tak, jakby nigdy w tym życiu nie istniał? Wysyłasz list, nie odpisuje? Ewentualnie dostaniesz smsa z krótką wiadomością “Chcę być teraz sam. Pa”?

Mosting, nowe zjawisko, rozwija się na świecie wraz z rozwojem aplikacji randkowych i możliwościami poszukiwania nowych partnerów przez internet. Okrutny, bezlitosny, pozbawiony zahamowań.

Wór z tysiącami podobnych historii wysypał się na świecie po publikacji amerykańskiej dziennikarki New York Timesa, która opisała swoją osobistą traumę, po tym, jak została porzucona przez swojego partnera. Sprawę opisał też magazyn MEL.

Psychologowie zaczęli więc badać tę brutalną formę kończenia związków, która zostawia ludzi w zgliszczach.

Do tego dążymy? Do zgliszczy?

Brak empatii, odwagi, asertywności, dojrzałości, przyzwoitości i szacunku do drugiej osoby. Pasywna agresja i zakamuflowana przemoc psychiczna.
Zaburzenia osobowości i strach przed odrzuceniem. Szereg kompleksów, narcyzm, niska samoocena, brak pewności siebie, nieumiejętność wyrażania uczuć i myśli, nieumiejętność komunikowania o swoich potrzebach. Człowiek taki zawsze kalkuluje co mu się w życiu będzie bardziej opłacało? Bycie w związku? Czy zostanie singlem? Często czuje na początku fascynację, która szybko mija, ale zamiast skonfrontować się, wybiera tchórzliwe wyjście i znika.

To podstawowe powody takiego postępowania. Tak sądzą psychoterapeuci zajmujący się tematem. Ja dodałbym jeszcze do tego brak klasy.

Psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz, twierdzi, że: takie osoby powinny szukać pomocy u psychoterapeuty, by zrozumieć swoje bezlitosne zachowania. Jak podkreśla mosterami są osoby niedojrzałe do głębszych relacji. Narcyzm to osobowość naszych czasów. Potrzebują atencji, uznania. Dojrzała osoba potrafi wziąć odpowiedzialność za to co mówi i co robi drugiemu człowiekowi. Liczy się i szanuje go. Ale moster jak mówiłam, dojrzały nie jest, jest raczej na poziomie emocjonalnym dziecka, nastolatka. Czyli zamiast konfrontować się – znika, gdy już zaspokoi swoje pragnienia.

Bywa, że porzucają, bo sami nie chcą zostać porzuceni. Ich obsesyjny lęk przez negatywną oceną innych, powoduje, że nie radzą sobie z myślą, że kogoś rozczarowali, dlatego uciekają przed niewygodną dla nich sytuacją. Oni także cierpią, tylko o tym nie wiedzą. O fakcie, że cierpią zazwyczaj dowiadują się, gdy do ich drzwi zaczyna pukać starość i zgorzknienie, a w pomieszczeniu nie ma nikogo poza nimi samymi.

Jeśli w trakcie zrywania relacji wzruszają się, płaczą, mówiąc: “Jesteś cudowny/a, ten związek ma potencjał, to moja wina, biorę to na siebie, ale nie możemy już być razem.”
Wtedy ze stuprocentową pewnością nie są szczerzy, a mówiąc wprost – kłamią. Unikają prawdy i odpowiedzialności, przy okazji depcząc tym obliczonym na korzyść (zaspokojenie własnego ego) współczuciem i tak już zbrukaną godność osoby porzucanej. Myślą, że są empatyczni. Nie, nie są. To nie empatia, a manipulacja. Sprytny sposób wybielenia własnego sumienia. Wtedy zamiast guza z powodu absolutnej szczerości, serwują partnerowi trepanację czaszki i operację na otwartym sercu – nieszczerością.

Ludzie z konkretnymi problemami z osobowością postępują w takich sytuacjach schematycznie, więc i o historii, która akurat Cię spotkała możesz przeczytać wiele razy w różnych publikacjach, w różnych językach, na różnych kontynentach. Ofiary także po takim porzuceniu postępują schematycznie i z komputerową precyzją można przewidzieć kolejne etapy “żałoby” i zachowań osoby cierpiącej.

Psycholog, psychoterapeuta i pisarz – Wojciech Eichelberger mówi: “Narcyz nie jest zakochany w sobie, tylko w swoim wyidealizowanym wizerunku. […] Wydaje mu się, że wizerunek jest jego prawdziwą tożsamością. Narcyz nie tylko siebie nie ceni, ale przede wszystkim nie zna. Wie, jaki chciałby być, ale jaki jest – nie ma pojęcia. W dzieciństwie nauczył się, jaką ma grać rolę, aby ważne osoby z jego otoczenia były z niego zadowolone. Jednocześnie przeczuwa najgorsze: Jestem nikim, nic niewartym zerem, bo tym, jaki jestem naprawdę, nikt się nigdy nie zainteresował. Nie jest w stanie uwierzyć, że ktoś może pokochać kogoś takiego jak on, więc podświadomie sądzi, że osoba, która go pokochała, jest tak samo beznadziejna, dlatego ją odrzuca.”

Czy należy się takich ludzi bać? Myślę, że przede wszystkim należy im współczuć. Współczucie uwalnia od złych emocji. Złość jest tylko gorszą formą, ale jednak wciąż miłości. Obojętność jest przeciwieństwem miłości.

Na co dzień mili i opanowani po prostu nie wiedzą jak fatalnie postępują. Sami ze sobą muszą przegrać, doświadczyć tego samego, co czynią innym, żeby poczuć ewentualny impuls do pójścia na terapię.

Jednym z podstawowych błędów jaki popełnia się na początku budowania, jest udawanie, że nie ma za nami przeszłości. Mówimy “przeszłość oddzielmy grubą kreską, nie rozmawiajmy o niej”. Później się okazuje, że jest się trzecim z rzędu porzuconym w ten sam sposób partnerem.

Jesteśmy także sumą naszych doświadczeń. Musimy wiedzieć z kim się wiążemy.

Bez pytań o przeszłość i o to w jaki sposób zakończyły się poprzednie związki, jak dana osoba w nich funkcjonowała, nie dowiemy się w pełni z kim tak naprawdę chcemy budować naszą przyszłość.
Jeżeli partner nie chce rozmawiać o przeszłości, to wystarczająco jasny sygnał, że coś jest na rzeczy. Wiedza ta może okazać się dla nas wentylem bezpieczeństwa, o ile oczywiście partner powie nam prawdę.

Związek nie jest drogą do celu, a celem samym w sobie.

Ludzie, którzy postrzegają związki, jako korzyść, będą je kończyli, gdy z nich już nic dla siebie nie wyciągną.

Często uciekając przed prawdziwymi uczuciami budują coś, co na uczucia wygląda. Odgrywają sceny, swoją rolę, uczuciowość. Do odgrywania nie trzeba się przygotowywać, bo nie wymaga wysiłku, natomiast daje ono złudne poczucie bezpieczeństwa. Ze względu na chemię odgrywają swoje sceny bardzo szczerze i oddanie. Do czasu.

Miłość nie jest emocją i nie znajduje się jej na ulicy. To proces, który z czasem buduje się z drugim człowiekiem. Na jego końcu jest absolutne zaufanie.
Gdyby ktoś zadał mi dziś pytanie, czym jest miłość? Odpowiedziałbym, że więzią i zaufaniem właśnie. Romantyczne, wielkie uczucia rzadko działają. Mądre trwają. Cała sztuka polega na tym, żeby wtłoczyć romantyzm do miłości mądrej.

Jeżeli po pierwszym wyrzucie substancji chemicznych do mózgu, który trwa 3, 4 miesiące porzucasz osoby, z którymi się wiążesz, nie powinieneś wchodzić w związki. O tym należałoby uczyć w szkołach.

Ludzie odpowiedzialni, współodczuwający i dojrzali, nie wyrzucają innych ludzi w bezwzględny sposób na śmietnik niepamięci.
Jeżeli komuś wrażliwemu zdarzy się taka wpadka życiowa, z pewnością zjedzą go z czasem wyrzuty sumienia. Jeżeli ich nie ma, nie czuje się winny, to oznacza, że wyświadczył Ci przysługę uwalniając Cię od siebie i swoich problemów. Doceń to.

Czy może być coś dobrego w porzuceniach?

Jedną z najlepszych trampolin, a być może jedyną skuteczną do tego, żeby wprowadzić diametralne zmiany w życiu, są wstrząsy.
We współczesnym, zupełnie pogubionym świecie, żeby móc w pełni zajrzeć do swojego wnętrza i rozwinąć się, potrzeba cierpienia, ciszy i samotności.
Ludzie z pozoru szczęśliwi, prowadzący aktywne życie, otaczający się dziesiątkami znajomych, nie mają czasu, przestrzeni, ani narzędzi do tego, żeby zrozumieć to, co rozumieją ludzie po traumach i upadkach, którzy wstąpili na ścieżkę rozwoju. I nie, nie chodzi o rozwój w postaci pogoni za karierą i pieniędzmi. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy zdobyli sławę, wielkie fortuny i mimo to umierali z przesłaniem na ustach, że nie w życiu liczy się tylko i wyłącznie miłość. Budowanie i rozwój zaczyna się od siebie wewnątrz, nie na zewnątrz. Na zrozumienie tego potrzeba dwóch rzeczy. Upływającego czasu, albo bardzo zachwianego życia. Zachwianego stratą, ewentualnie chorobą.

Wszyscy jesteśmy fabrycznie wadliwi i w życiu chodzi o to, żeby tę fabryczną usterkę zlokalizować i naprawić. Każdy ma tę samą.

Jedni i drudzy, porzucający i porzuceni borykają się niską samooceną, głębokim poczuciem winy i przejmującym kontrolę nad życiem ego. Nad tym można jednak pracować.

W tych dramatycznych rozstaniach wygranym może okazać się porzucony, bo stratę i wstrząs ma szansę wykorzystać do zainicjowania największego przewrotu w swoim życiu.
Jeżeli jest mądry i silny, nie będzie wchodzić w żadne relacje, dopóki nie zmieni życia o 180 stopni. Rozwój osobisty, zrozumienie i dotarcie do źródła swoich problemów, cech, które źle i dobrze wpływały do tej pory na tworzone związki, a finalnie gdzieś na horyzoncie oświecenie.

To w efekcie zaowocuje o wiele lepszymi, mądrymi i trwałymi relacjami w przyszłości z ludźmi poukładanymi i na podobnym etapie rozwoju.

Prawdopodobieństwo, że porzucający zmieni cokolwiek w swoim życiu jest nikłe. Gdy porzuca, nie myśli o znalezieniu czasu na medytację, przewartościowanie priorytetów, wsłuchanie się w swoje wewnętrzne JA i pozbycie się dominacji ego. Nie czyta książek, nie decyduje się na terapię, nie wstępuje na ścieżkę rozwoju. Chce jak najszybciej przejść do porządku dziennego. Idzie jak burza po trupach do celu wpadając w wir pracy i nowych znajomości, aż do kolejnego czołowego zderzenia ze ścianą. Znowu zbuduje związek, który po kilku miesiącach, albo latach się rozpadnie.

Wszyscy jesteśmy sobie potrzebni i wszyscy wymagamy naprawy.

Ja także wpadłem w największą z możliwych pułapek. W pułapkę własnego ego. Karmiłem swoje kompleksy krytyką, ocenami, największą krzywdę robiąc tak naprawdę sobie.
Od zawsze chciałem zmieniać świat i ludzi według swoich wyobrażeń i oczekiwań, podczas gdy jedyna realna zmiana jakiej mogę dokonać, to moja własna.

Człowiek mądry wybiera dobro. Najważniejszy pierwszy krok. Kto raz wejdzie na ścieżkę rozwoju, ciężko mu będzie z niej zejść. Moja zaczęła się od pewnych słów.

Bardzo ważna dla mnie osoba nauczyła mnie pięknego zdania. Zamiast powiedzieć: “Brzydko w tym wyglądasz”, powiedz “Ta rzecz na Ciebie nie zasługuje”. Mam kilka zdań, które nazwałbym najważniejszymi w moim życiu. To jedno z nich. Odkrywcze i zmieniające wszystko. Zostanie ze mną na zawsze. Ale też tego typu zdania można wypowiadać tylko w stosunku do osób, które akceptują siebie i innych. Jeżeli takich zdań oczekują od nas ludzie, którzy siebie nie akceptują, jest to tylko pielęgnowanie ich narcyzmu i ego.

Jesteśmy niedoskonali i niewinni tej niedoskonałości. Wina pojawia się tam, gdzie zaczyna się masowe krzywdzenie innych i zupełny brak refleksji.

Decydując się na opublikowanie tych dwóch tekstów, myślałem o ofiarach potrąconych przez pijanych kierowców. Pędzących i nie mających świadomości, że kogoś przed sekundą rozjechali. Jadą dalej potrącając kolejne ofiary.
Ktoś powinien ich zatrzymać i powiedzieć – “Zobacz, tam leżą trupy”.
Jeśli porzucasz kogoś i uciekasz, życie w którymś momencie na pewno przypomni Ci, że w przeszłości zostawiłeś za sobą trupa.

Miłość potrzebuje czasu. Zmiany także.

Żeby móc mądrze kochać kogoś, najpierw trzeba bezwarunkowo pokochać samego siebie. Miłość do samego siebie jest jedyną, która nie porzuca. Nie można jej jednak mylić z narcyzmem. Narcyzm jest zaprzeczeniem miłości.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie mi się w ostatnim czasie przydarzyły, było obejrzenie filmu “Bohemian Rhapsody”. To film biograficzny o zespole Queen i Freddiem Mercury. Wybraliśmy się do kina z moją mamą. Dwa razy.

“Znajdź mnie, gdy polubisz siebie i będziesz potrzebował przyjaciela”

Te słowa wypowiedział do Freddiego jeden z kelnerów sprzątający mieszkanie wokalisty, po kolejnej wystawnej imprezie. Wypowiedział je i wyszedł.
Freedie potrzebował kilku lat, żeby dojrzeć do tych słów. Odnalazł Jima Huttona.
Zostali partnerami, przyjaciółmi. Jim towarzyszył swojemu ukochanemu w jego ostatnich latach życia. Dawno żadna historia mnie tak nie poruszyła i nie zainspirowała.

“Kiedy znajdziesz swoją drogę, znajdziesz również swoją historię miłosną.”

Odnajdujmy się więc wzajemnie dopiero wtedy, gdy sami pokochamy i polubimy to, co mamy w życiu najcenniejszego – siebie. Wtedy jest szansa na związki, które przetrwają do ostatniego dnia naszej wędrówki, bez niespodziewanych, bolesnych i niepotrzebnych porzuceń.

Damian

Kolejny tekst na moim blogu – 8.01.2019

Wśród osób, które udostępnią ten tekst i podzielą się w komentarzu swoimi odczuciami, może doświadczeniami, albo tym, co w tekście im się podoba, lub nie, rozlosuję 5 ciekawych książek o samorozwoju, które wniosą do Waszego życia coś dobrego.

Jeżeli tekst uważasz za ważny, przydatny, podziel się nim z przyjaciółmi, udostępnij, zostaw komentarz, albo wyślij komuś, kto Cię w podobny sposób porzucił.

Załączam video do wykładów Magdy Adamczyk – wybitnej (nie boję się użyć tego słowa) trenerki personalnej, która nie tylko moje życie zaczęła zmieniać na lepsze. Zmieniła los wielu osób.

Polecam także ten film…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

38 Komentarzy

Patrycja · 19 stycznia 2019 o 23:40

Nawet mimo pożegnania i wyjaśnienia boli przez całe życie. Wszystko zależy od tego, czy to była ta właściwa relacja. Można zakopać miłość na dnie swojego serca i zamknąć ten jego fragment na zawsze, być później w związku/-ach, ale już zawsze wszystko będzie się podświadomie porównywać do tej utraconej miłości, zwłaszcza jeśli był to bardzo udany związek. Można nawet zapomnieć z czasem wiele szczegółów, ale mózg pamięta te chwile, w których było nam najlepiej i wszystko, co się później dzieje, porównuje do tego wzorca.
Najgorsze jest to, że wiele rozstań można by było “odwrócić”, ale porzucający/-a nie ma później odwagi, by przyznać się do błędu lub myśli, że już jest za późno, by ten błąd naprawić. I po wieeelu latach dowiadujesz się, że jednak byliście dobrze dobrani, że nadal ma wszystkie pamiątki od Ciebie, że praktycznie już z nikim tak długo nie był związany (no, może tylko z żoną przed ślubem), że praktycznie nigdy się nie kłóciliście (nawet więcej kłócił się z żoną przed ślubem). I zaczynasz się zastanawiać, czy po prostu nie trafiłaś na odpowiedni czas dla niego, czy po prostu on popełnił błąd i chciałby Ci to powiedzieć, ale nie wie jak. Bo to przecież on Ciebie odnalazł, a nie Ty jego. A wtedy nie chciał nawet Twojej przyjaźni. I mówi Ci, że wie, iż bardzo Cię zranił (czujesz, że się tego wstydzi), że praktycznie ciągle jest zestresowany, że najbardziej chyba kocha go kot córki, że “prawie wszystko” mu w życiu wyszło, że wykorzystał może 5-10% “okazji” i że gdyby córka nie pojawiła się w ciągu 2 lat, to już wcale by się nie pojawiła. I pokazujesz mu, że nie chowasz urazy, że może na Ciebie liczyć, że nadal jest Twoim przyjacielem. Myślisz, że to Ty zaczęłaś wspominać wspólne chwile, ale okazuje się, że to on zaczął to robić – Ty tylko opowiedziałaś mu o wszystkim, czego już nie miał jak się dowiedzieć (gdzie go widziałaś, że widziałaś jego tatę z wózkiem). I masz mętlik w głowie, bo wspominał o spotkaniu, chciał Cię widzieć podczas rozmowy telefonicznej (a nie tylko słyszeć – i widziałaś jak bardzo się wtedy denerwował), dostać Twoje aktualne zdjęcie, a potem stopniowo, ale systematycznie zaprzestawał kontaktu. I już nie wiesz czy faktycznie chce tego kontaktu, czy może boi się siebie albo Ciebie. Bo jak się w końcu pożegnałaś, gdy nie odpisywał na wiadomości, to uznał, że się obraziłaś. Ale życzenia świąteczne wysłał Ci takie, że pół godziny dochodziłaś do siebie.

Aga · 9 stycznia 2019 o 20:25

To moja historia. Słyszałam że to nie moja wina ze to on itd. Dopadła mnie depresja. Pomógł lekarz przyjaciółki i mama która powiedziała że lepiej po kilku miesiącach niż latach. Ale pomimo że wiem ze to emocjonalny dzieciak nadal tęsknię

Wszyscy jesteśmy dla siebie tylko etapami | Damian Maliszewski | Blog · 8 stycznia 2019 o 00:43

[…] pięciu zwycięzców, którzy podzieli się swoimi odczuciami w komentarzach pod wpisem „Zanim kogoś porzucisz…” i udostępnili poprzedni […]