Szedłem wąską uliczką wypatrując drzwi z numerem 1.
Z każdym kolejnym krokiem tętno lekko przyspieszało. Myśl, że to dziś właśnie jakoś do mnie nie docierała.
Fotografie tego miejsca znałem tylko z książek i filmów dokumentalnych.
Po przejściu kilkunastu metrów wyłoniła się ściana na której za przezroczystą pleksą ludzie od lat umieszczają swoje krótkie, emocjonalne listy. Między tymi listami, znajdują się zielone, lekko sfatygowane, drewniane drzwi z białym napisałem „Garden Lodge”.
Tym „Garden Lodge”.
Całą drogę powtarzałem sobie, że jestem przecież dorosłym facetem i nie będę się wygłupiał. Dom jak dom, człowiek jak człowiek. Nie ma się nad czym rozczulać. Poza tym nie byłem sam na tym ważnym dla mnie spacerze i byłoby mi niezręcznie gdybym zdradził jaki huragan hulał w moim wnętrzu.

Kiedy stanąłem na wprost domu chcąc zrobić pierwsze zdjęcie, swój list zostawiał młody, myślę, że około osiemnastoletni chłopak. Towarzyszyła mu dziewczyna. Właściwie nie wiem jakiej byli narodowości. Napisali kilka słów od siebie, on położył rękę na drzwiach w geście pożegnania i po chwili odeszli. Wciąż walczyłem ze ściśniętym gardłem. Przeszli kilkanaście metrów, zatrzymali się i ponownie przybiegł, tym razem sam. O czymś zapomniał.
Stanął raz jeszcze na wprost „Garden Lodge”, przez sekundę zamyślił się dotykając czołem białych liter na drzwiach za którymi zaklęta jest historia tego domu, położył obie ręce w podobnym geście pożegnania jak chwilę wcześniej i naturalnym odruchem pocałował drzwi. Wziął głęboki oddech i powiedział po angielsku „Teraz mogę odejść”.
Stałem tuż za nim. Wyłączyłem aparat. Nie byłem w stanie zrobić żadnej fotografii. Nie mogłem, płakałem.

Miałem chwilę dla siebie. Stałem, patrzyłem i myślałem o tym jak przedziwne i niesamowite jest moje życie. Jak niezwykłe rzeczy się w nim dzieją. Niezwykłe dla mnie i spektakularne również dla mnie samego, bo dla nikogo innego ważne być nie muszą. Takie, które powodują, że kiedyś będę mógł powiedzieć „zrobiłem wszystko co chciałem, tyle ile chciałem i mogłem”.

Wiem, że w czasach, kiedy tak wiele osób podróżuje, między innymi dzięki tanim liniom lotniczym i prawie każdy może doświadczyć osobiście życia kulturalnego wielkich stolic europejskich, tych w których kreowało się wszystko co znam i co pamiętam, tego typu historia jak moja z przedwczoraj może wydawać się miałka, ale kiedy tej samej doświadcza

dziecko dwunastoletnie które dwadzieścia lat temu kupiło swoją pierwszą płytę „Made in heaven”, które wtedy słuchało „The Show Must Go On” i czuło, że jego dusza dotyka nieba, w takiej sytuacji wszystko nabiera metafizycznego znaczenia. Bardzo metafizycznego. I tylko ja wiem co przeżyłem stojąc na tamtym chodniku.

Stałem przy „Garden Lodge” pod domem Freddie’go Mercury razem z tym małym chłopcem, którym kiedyś byłem. Zadzwoniłem do mamy. Była jedyną osobą z którą chciałem się tą chwilą podzielić, bo ona pokazała mi jego muzykę.
Po pięciu minutach podeszli do mnie znajomi na stałe mieszkający w Londynie, którzy mnie tam zaprowadzili. Dzięki nim trafiłem bez problemu. Słońce zachodziło, musiałem spieszyć się ze zdjęciami. Zrobiliśmy kilka na pamiątkę i poszliśmy dalej. Coś mnie jednak po chwili tknęło, że to nie wszystko i, że muszę wrócić. Czegoś nie zrobiłem, a powinienem był. Znajomi szli przed siebie, ja podbiegłem raz jeszcze do „Garden Lodge 1” Położyłem dłonie na drzwiach i w geście wdzięczności je pocałowałem szepcząc po polsku „Teraz mogę odejść”.

Pewnie to moja nadwrażliwość i empatia powodują, że pozwalam czasami, aby ten mały chłopiec mnie szturchał w rękę i mówił, żeby o nim nie zapominać, bo przecież wciąż żyje.
I chyba dobrze, bo jak tak patrzę na to co się dzieje wokół, relacja z nim to jedna z najcenniejszych wartości jakie posiadam w życiu.

Każdy ma w sobie takiego chłopca, czy dziewczynkę i szkoda byłoby o nich zapomnieć. Marzenia, które spełniamy, spełniamy w gruncie rzeczy dla nich. To te małe dzieci kiedyś czegoś bardzo pragnęły i dziś one najbardziej się ze wszystkiego cieszą.

Jeszcze tam kiedyś wrócę. Na dłużej. Usiądę na krawężniku na przeciw zielonych drzwi i po prostu będę patrzył na ludzi przyjeżdżających z całego świata już od ponad 20 lat w tym samym celu w jakim przyjechałem ja.
Lubię tego chłopca, który co jakiś czas łapie mnie za rękę i mówi „Nie wstydź się mnie, bo w najpiękniejszych i najcięższych chwilach, a także kiedy przyjdzie koniec to ja będę Tobie towarzyszył”

Damian


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

6 Komentarzy

Justyna · 9 lipca 2017 o 12:55

Wzruszyles mnie do łez.Dziękuję

    Love_of_my_life · 21 listopada 2017 o 18:03

    Mnie też. Też mam w sobie tę małą dziewczynkę, która weszła w świat muzyki Queen już tyle lat temu i ciągle jest pod wpływem tej magii.

Inez · 15 września 2015 o 15:33

Trafiłam na pana piosenki przypadkiem,słucham z wielką przyjemnością.Pozdrawiam i wielu sukcesów życzę.

Tony · 28 maja 2015 o 11:20

Szanowny Panie Damianie

Mieszkam w angielskim mieście Lincoln, gdzie gram podczas polskich mszy.
Ostatnio poproszono mnie o opracowanie strony muzycznej do ceremonii
ślubnej, a moja koleżanka wokalistka zwróciłą uwagę na przepięknie wykonanie
Halleluja w Pana wykonaniu. Rzeczywiście, móc to jeszcze samemu zagrać, to
byłaby wielka frajda. Czy byłaby możliwość przesłania skanem nut na fortepian do
tego utworu? Proszę o odpowiedź na moją pocztę.
Pozdrawiam serdecznie
Tony
LIncoln, Wielka Brytania

national express · 6 lutego 2015 o 23:39

Hmm … Damian pozdrawiam Cie gorąco i Twoją mame :)

pozdrowienia · 9 października 2014 o 12:29

Serdecznie pozdrawiam panie Damianie i życzę wiele sukcesów :)